PRZYPADEK JAKUBA ŚPIEWAKA

Skomentowałem jego wpis o wycofaniu się z działalności publicznej krótkim słowem: szacunek, odnosząc się nie tyle do meritum sprawy, ile do formy publicznej ekspiacji. Jakub Śpiewak, cokolwiek złego zrobił w Fundacji Kidprotect.pl, w sytuacji kryzysowej zachował się prawie profesjonalnie. Prawie, jak zawsze, robi jednak pewną różnicę.

 

Doświadczywszy na własnej skórze konfabulacji „zespołu reporterów śledczych”, nie mam dobrego zdania o dziennikarstwie śledczym i każdy nowy tekst z tego obszaru oceniam ostrożnie, by nie powiedzieć: ze skrajną nieufnością. Można jednak przypuszczać, że w przypadku opisu działalności Jakuba Śpiewaka przez Wprost nie ma na razie żadnych powodów, które nakazywałyby wątpić w prawdziwość stawianych mu zarzutów.

Jakub Śpiewak

Śpiewak popełnił karygodne błędy w fundacji, którą zarządzał. To jest poza dyskusją. Ich oceną zajmą się zapewne organy kontrolne i prokuratura, pewnie sporo ucierpi też sumienie prezesa, ale jedno trzeba mu oddać – to co zrobił w przededniu ujawnienia sprawy, było przykładem poprawnego zachowania się marki w sytuacji kryzysowej.

Jakub Śpiewak starał się sam rozbroić bombę. Inaczej mówiąc – wiedział, że wkrótce pojawi się artykuł i uprzedził zawarte w nim ciosy. To osłabia wymowę artykułu i każe spoglądać na jego postać nie przez pryzmat treści, lecz emocji. „No przecież się przyznał!” – powie dzisiaj wielu postronnych komentatorów. Przyznanie się do winy i chęć poniesienia wszelkich konsekwencji oraz naprawienia szkód, to jedna z koronnych zasad kryzysowego Public Relations.

Rozbroiwszy bombę – szybko znalazł sojuszników. Profesor Janusz Czapiński spontanicznie – bo zapewne nie znał jeszcze pełnej treści zarzutów i tym bardziej tekstu dziennikarskiego – wspaniałomyślnie przyznał, iż istnieje „społeczne zapotrzebowanie na szlachetność”. To plus dla Śpiewaka. Niech w twojej obronie staną autorytety, a będzie łatwiejsza!

Po trzecie: skoncentrował własną uwagę na przygotowaniu trafnego oświadczenia. W kryzysie korzystniej jest przedstawić swoje pierwsze stanowisko na piśmie, dokładnie ważąc każde słowo, niż zwoływać konferencje prasowe i liczyć się ze skutkami złego zrozumienia intencji, przeinaczeniami oraz trudnymi pytaniami mediów. Na dłuższą metę nie da się ich uniknąć, ale pierwsza reakcja powinna być właśnie taka: podajemy szczegółowe wyjaśnienia na piśmie, w świat idzie czytelny, wypełniony faktami komunikat.

Czy Śpiewak napisał dobrze swój tekst? Dorota Zawadzka, która przyczyniła się do ujawnienia tego skandalu, uważa, że nie – zabrakło jej słowa „kradzież”. Pojawiły się miękkie określenia: „bałaganiarstwo”, „niefrasobliwość”, co faktycznie przy problemach z rozliczeniem się z 30.000 złotych wydanych na ubrania dobrych marek i 6.000 złotych – na perfumy, brzmi odrobinę groteskowo.

To był błąd. Rzeczy nazywaj po imieniu, wprost, albo szukaj trafnych zamienników – mówią podręcznikowe prawdy. Nie musiał mówić „ukradłem”, mógł powiedzieć „nie rozliczyłem się”, „wziąłem pieniądze, których nie powinienem brać, na własne, prywatne cele”. Mógł przedstawić skalę problemu – lepiej jest, gdy robi to negatywny bohater niż dziennikarz…

Ważne: przeprosił i niezależnie od ostatecznych ustaleń kontrolnych, sam wyznaczył sobie karę: przestaję udzielać się publicznie, rezygnuję z wszelkich form takiej działalności. Dobre posunięcie.

I na koniec: milczenie. Trafny wybór. W swoim oświadczeniu zawarł wszystko, reszta jest sprawą prokuratury, rady fundacji, jego środowiska. Problem nie kończy się jednym komunikatem na blogu, który niczego nie rozwiązuje, lecz ustala relacje z odbiorcami komunikacji. Negatywny bohater skandalu niczego już dodawać nie musi, poniesie konsekwencje, ale jego sprawa traktowana będzie od tego momentu przez pryzmat słów „ale przecież się przyznał”. To jest dobre rozwiązanie. Powiedzieć wszystko – i nie budować zbędnej obecności w mediach.

Nie znam Jakuba Śpiewaka, ale serdecznie mu życzę, żeby znalazł siłę, by podnieść się kolan, z wszelkimi konsekwencjami wypicia piwa, które nawarzył. Wolę jednak taką jego postawę niż „pójście w zaparte”, którego jesteśmy świadkami przy wielu wpadkach polskich polityków i ludzi biznesu. Marka osobista nie musi całkowicie tracić na wartości, gdy dostaje się w wirówkę kryzysu. A tempo spadania na dno można spowolnić, łagodząc siłę uderzenia. Jakub Śpiewak tak zrobił, dając doskonały przykład innym. Nie uczcie się od niego zarządzania finansami, uczcie się PR.

No, z pewnymi poprawkami.