P

rzypadek Roberta Karasia, triathlonisty oskarżonego o branie dopingu przed zawodami 10-krotnego Ironmana, przejdzie do historii sytuacji kryzysowych.

Z jakiego powodu?

Już po kilku dniach od wybuchu afery Karaś zmienił się w oczach opinii publicznej z żelaznego faceta w cynicznego oszusta. Taki napisał o nim dziennikarz Sport.pl i trudno się z nim nie zgodzić. Doping jest dopingiem, wzięcie niedozwolonych środków wspomagających u sportowca tej klasy powinno zapalić czerwoną lampkę już kilka miesięcy temu. Amen. Tu nie ma o czym dyskutować.

WYJDŹ Z KRYZYSU, CZYLI MÓW PRAWDĘ

Załóżmy, że wszystko, co powiedział ostatnio Robert Karaś, jest prawdą:

Jakiś człowiek – nie lekarz! amator, hobbysta – polecił mu specyfik medyczny. Sportowiec przyjął go, minęły miesiące i pojechał do Brazylii, gdzie w imponującym stylu wygrał zawody i pobił rekord świata. Nie widział korelacji między sukcesem i momentem przyjęcia niedozwolonej substancji. I myślał, że czas zrobił swoje, czyli wypłukał ją z organizmu. Był naiwny, przebiegły, łatwowierny, cwany, nie mnie oceniać. Jako sportowiec powinien był wiedzieć, co bierze, a zwłaszcza od kogo.

Jego pierwszy błąd to ufność w wiedzę i dobre rady amatora. Jego drugi błąd, że w ogóle dopuścił do siebie myśl szprycowania się czymkolwiek. Błąd trzeci to zaniechanie badania antydopingowego przed zawodami.

Karaś poległ, doping wykryto, w świat poszły jednoznaczne informacje i określenia. Nawet, jeśli substancja nie miała bezpośredniego wpływu na wynik sportowy, jej zażycie jest dyskwalifikujące.

Od momentu ogłoszenia dopingu Robert Karaś zachowywał się jednak bardzo przytomnie. Przyznał: brałem. Opisał okoliczności. Dał obszerne wyjaśnienia w mediach społecznościowych. Nie bał się pokazać twarzy. Nie chował się za menedżerem i prawnikami. I to go odróżnia od wielu osób i marek, które dopadła sytuacja kryzysowa.

Zrobił wszystko, co w takim stanie – praktycznie beznadziejnym – należało uczynić. Książkowo. Przyznał się, nie kręcił, opisał swoją historię. Standard.

WARIOGRAF WSZYSTKO CI POWIE?

Dlaczego zatem napisałem, że przejdzie do historii? Z powodu wariografu.

Robert Karaś poddał się badaniom na wariografie, przesyłając ich wyniki do federacji, która ogłosiła jego dopingową wpadkę. Zrobił coś, czego nie zrobiły przed nim setki ludzi w sytuacjach kryzysu podważającego ich wiarygodność!

Wariograf.

To bardzo dobry pomysł na ciężkie chwile, gdy trzeba ratować zagrożoną reputację.

Rozważmy inną sytuację. Ktoś zostaje oskarżony o molestowanie, mobbing, o cokolwiek. Są poszlaki, są zeznania, słowa przeciwko słowom. Jak dowieść swojej niewinności na długo przed wyrokiem sądowym? Jak wykazać, że „to jest naprawdę pomyłka”? Jak się bronić?

Myśleliście o wariografie?

Wariograf nie daje żadnej przewagi, nie będzie też dowodem w sądzie. Ale wynik badania na wariografie jest dość twardym argumentem. Nie jestem winny, nie zrobiłem tego, a na dowód – badanie. Może nawet w obecności zewnętrznych świadków. Mediów. Prawników.

Karasiowi zarzucono od razu, że „ale przecież zapłaciłeś za to badanie”, co tłumacząc na język mniej poetycki, znaczyło – kupiłeś sobie tę opinię. Zgoda, można wątpić w urządzenie i efekty jego pracy, pod warunkiem, że nie stał za nią autorytet w dziedzinie badań wariograficznych lub że badanie zostało zrobione z dala od oczu, w zaciszu gabinetów.

Ale gdyby towarzyszyli mu niezależni dziennikarze? Choćby ci, którzy właśnie przeczołgali go w mediach?

Z wariografu i Karasia zaczęto do razu drwić, odbierając mu resztki sponiewieranej reputacji. Ideał sięgnął bruku, na własne życzenie, ale pomysł na instrumentarium kryzysowe miał naprawdę przedni.

Do zapamiętania!

Udostępnij: